Ostatni tydzień upłynął mi sennie. Jak w kalejdoskopie przemknęło mi przed oczyma siedem ruchliwych poranków, krwistych i mroźnych zachodów słońca, zachwycająco cichych nocy… Nie mogłem sobie jednak pozwolić na choćby chwilowy zanik skupienia. Co prawda pomagały mi w tym boleśnie uwierające w tyłek dachówki, stanowiące fundament mojego gniazda obserwacyjnego, jednak byłem świadom, że najdrobniejsza chwila słabości obróciłaby wniwecz mój plan. Okular zabytkowej lornety dziadka, którą wcelowałem w domostwo po drugiej stronie ulicy, odcisnął wokół mojego oka zabawną, czerwoną otoczkę. Gdy wybiła północ, poczułem ulgę. Pozostało tylko przeanalizować zebrane dane. W zainstalowanej w moim uchu słuchawce rozległ się uspokajający szum spuszczanej wody, zaś 12 sekund później sylwetka mojej Divy ukazała się w oknie. „Dobranoc, piękna” – pomyślałem, cichutko wycofując się z dachu.
Czytaj dalej →